Opowieści ze Znanych Światów #5 - Tiggy Twilight



Trafiłem tam przypadkiem. Mój kuzyn Javier, ten któremu potem urwało głowę na Stygmacie, powiedział kiedyś, że słyszał o klubie prowadzonym przez ukarów, gdzieś na stacji starej drugorepublikańskiej kolejki. Mówił, że nie jest łatwo tam trafić. Że w ryj można dostać za samo bycie człowiekiem. Ale też, że tamtejsza gorzała nie ma sobie równej na całej planecie. No i że za niewygórowaną cenę można dostać półdziką ukarkę albo obunkę porwaną z jednego z tych ich klasztorów. Obiecał mnie tam zabrać… Ale cóż... przyszedł rozkaz odlotu i stary Javier poleciał tłuc pędoludy.

Później jakoś nie było okazji. Dopiero, nie wiem, rok chyba minął. Tak, to było jeszcze nim zdjąłem mundur i zacząłem pracować jako polowy. Przyszedł rozkaz przywiezienia do ambasady pewnego barona … Pan go zna, pijak i satyr. Co chwilę mieliśmy z nim problemy… Ale, co poradzić, krew nie woda, panie pułkowniku, a jego ojciec, też pewnie pijak i satyr, nosił chlubny tytuł Kanclerza Vera Cruz. Szukaliśmy go już od dwóch dni, gdy ukarowie dali cynk, że mają tu takiego jednego, co narozrabiał jak pijany zając. Wziąłem więc chłopaków, wsiedliśmy w skoczek i polecieliśmy zabrać tę zakałę rodu z powrotem do ambasady, żeby jego miłość mógł go opieprzyć osobiście.

Wylądowaliśmy na jakimś starym placu. Zostawiłem na straży kilku chłopaków. W tej dzielnicy, jak nietrudno się domyśleć, co bardziej wystające elementy naszego pojazdu bardzo szybko mogłyby znaleźć nowego właściciela. Schody na stację były kilkaset metrów dalej.
Oryginalny superbeton zastąpiono zwykłym i to nienajlepszej jakości... Schody jednak były całe i zaskakująco równe. Na dole. kilka kroków w głąb korytarza zobaczyliśmy zamknięte drzwi, a raczej śluzę wymontowaną chyba z jakiegoś okrętu, grubą że i z monograntem nie przejdziesz… Przed nią siedział na sporym zydlu voroks. Wielkie bydlę (o imieniu jak się później dowiedziałem Stan) trzymało w rękach ten ichniejszy miecz. Glankesh. W wersji jednak dla dużych chłopców, tak dużych, że obawiam się, iż nie uniósłbym go, nie mówiąc o machaniu. Wtedy zrozumiałem, dlaczego schody są w takim dobrym stanie.
Stan zmierzył nas spojrzeniem, po czym zawołał kogoś ze środka. Po chwili w drzwiach ukazało się trzech ukarów niosąc naszą pijaną jak świnia zgubę. Na odchodnym jeden z nich dał mi kartę wstępu. Tyle.

Dlaczego chodziłem tam później? Z początku to chyba z ciekawości. Dziwaczny, podziemny świat Byzantium Secundus, o którym krążą wśród szlachty legendy. Potem. Chyba się zadomowiłem. Sam pan zrozumie pułkowniku, jak pan tam pójdzie. Miła obsługa. Zwłaszcza, jak trafi pan na siedzącą za barem Nix, kapitalny kompan do rozmów. Pan wybaczy, ale niech pan lepiej mundur zostawi. Z taką szarżą może nie chcieć gadać, albo nie będzie gadać za darmo, a wierz mi pan… Wie dużo. W końcu to knajpa Triad, a oni lubią wiedzieć dużo… Dla mnie, jako polowego, to kopalnia informacji. Wiadome, że trzeba im czasem dać i coś od siebie. Ale taka praca. Na Gemę, zmienniczkę Nix, trzeba uważać. Miła i usłużna, ale tylko z pozoru. Póki płacisz. Przestajesz płacić, albo robisz coś głupiego... demon nie kobieta. Raz widziałem, jak pewnemu Hawkwoodowi, co ją w tyłek, całkiem ładny tak między nami, uszczypnął, rękę w dwóch miejscach z przemieszczeniem. Nawet ochroniarze się jej boją i wolą jej nie zaczepiać. No i kumpluje się ze Stanem, pamięta pan. Bramkarzem. Jest jeszcze szef. Ukar, który dał mi wejściówkę… Trzyma wszystko żelazną ręką. Nazywa się Galyon. Galyon z klanu Trak. Można z nim pogadać, jak by pan pułkownik chciał trochę trefnego towaru… Jakieś ukarskie narkotyki. Broń. Może młodziutką Al-Maliczkę. Galyon jest z Triad. Załatwi…

Proszę uważać panie pułkowniku, w knajpie jest podwyższenie. A na nim stolik i ciężkie, wygodne fotele obite skórą. Proszę tam nie siadać. To miejsca starszych lokalnych Triad. Jakby pan tam usiadł, to byśmy pana już nie znaleźli. Nawet ja skończyłbym jako karma dla kanałowych jaszczurów. Lepiej wybrać któryś z innych stolików. Polecam zwłaszcza takie w wykutych w ścianie wnękach, Jak przyjdzie potrzeba spotkania tete-a-tete, to można zawsze zasłonić grubą kotarą i wynająć od Galyona „wygłuszacz”.

Dziewczynki… Dziewczynki to sam miód. Ukarki i obunki. Całe przemiłe stadko. Ja wiem, że kościół krzywo patrzy na takie układy, ale czego się panie pułkowniku nie zrobi dla odrobiny egzotyki. Prawda?? Szczerze mówiąc jest w czym wybierać. Ukarskie modliszki odwaliły kawał dobrej roboty dobierając, że się tak wyrażę, asortyment. Na przykład taka Lamya… Obunka… Udaje przed klientami mniszkę z klasztoru tego całego ichniejszego Kościoła… Biedną i porwaną. Cholera, nabrałem się za pierwszym razem. Tak naprawdę to prysła z domu mając w niepolitycznym, ale krągłym miejscu tą ich całą przefilozofowaną obuńskość. Równa babka. I nad wyraz utalentowana, że się tak wyrażę... Podobnie ukarska domina – Kresha. Ja wolę lżejszy kaliber zabaw, ale widziałem pewnego almalickiego hrabiego, znanego poplecznika cesarza, jak udawał jej pieska.

Ach… Właśnie… Za pamięci. Panienki przyjmują w pokoikach za barem. Jakby pan pułkowniku potrzebował załatwić jakiejś interesa, to pokoiki są do tego najlepszym miejscem. Ukarowie zapewniają dyskrecję. Ale cóż… Dziewczynkę wziąć trzeba. I napiwek jej sowity zostawić.
Stali bywalcy? Kilkoro się znajdzie. Szlachta, nawet dość znaczna. Gildyjni. Ale większość przychodzi raz czy dwa… Kilku raptem nie-ukarów bywa tam częściej… Jest na przykład Artur-Artur… Gannok Aptekarz. Przerażające, nieprawdaż? Ale zna się na rzeczy. Nie raz się zdarzyło, że połatał kogoś przedziurawionego rapierem. Czy wybebeszonego kraxi. Czasem, jak kogoś szczególnie lubi, doprawi mu drinka. Nie, ani trucizna, ani narkotyki. Po prostu coś, co wyostrzy smak, albo sprawi że szklanka zacznie świecić. Nigdy nic szkodliwego. Pozatym Galyon zabronił mu handlu specyfikami na terenie baru. Chyba, że on sam będzie pośredniczył. Czasem zjawia się też drugi doktorek. Ale ten to ukar… Mówią o nim, że szefuje Rzeźnikom na całym Starym Istambule.. Rzeźnicy? A tak… Pan pułkownik pierwszy raz na B2… Rzeźnicy to konkurencja dla Aptekarzy. Potrzebujesz pan nereczki albo płuca, idziesz do Rzeźnika. Zrobi to porządnie jak Amalteanin, tyle że bez religijnych oporów, no i jest dwa razy tańszy od Aptekarza. No i oczywiście pełna dyskrecja, Rzeźnicy wiedzą, że Pielgrzymi, pędolud ich mać, spaliliby i pacjenta i felczera. Niech pan nie podchodzi do niego - pierwszy nie lubi tego. Interesy z nim proszę załatwiać przez Galyona. Poza nimi kręci się sporo ukarów z Triad. Głównie klan Trak, bo bar jest ich. Nie zaczepiani, nie będą przeszkadzać. Chyba, że popiją. Ale wtedy ich kuzyni z ochrony i Stan wywalają ich na zbity pysk. Zawsze też jest ktoś, kto skontaktuje pana z vultri. Tak… Zabójcami… Chyba mają tam jakiś punkt kontaktowy…

To chyba wszystko… Poradzi pan sobie, mam nadzieję. Jakby miał pan problemy z wejściem, to proszę powiedzieć, że pan z mojego polecenia.

Powodzenia…

Komentarze