Torchwood a la Americanesse (recenzja dwuczłonowa)




Zamiast pierwotnie zaplanowanej na teraz notki na temat Warhammera 40k, będzie Torchwood.

Torchwood jest dla mnie jednym z najlepszych seriali, jakie widziałem. Trzy sezony, które dotąd zaserwowała nam BBC Wales to kawał najlepszego kina SF, jakie moim zdaniem stworzono na małym ekranie. Inteligentne, zabawne, dobrze przemyślane i świetnie zagrane. Z lekkością i swadą w podejściu do tematu kontanktów pozaziemskich, jakiej amerykanie nigdy nie pokazaliby bez przeginania. Odcinki takie jak „Meat” albo całe Children of the Earth kopały psyche i kazały reinterpretować sposób patrzenia na fantastykę.Gdy dowiedziałem się, że po pewnej przerwie ze powstaje kolejny sezon nie mogłem się nie ucieszyć, ale gdy okazało się, że będzie on kręcony przy współpracy z amerykanami, cóż zacząłem mieć obawy. Odważne i ludzkie podejście do spraw, które w fantastyce amerykanie omijają szerokim łukiem.

John Barrowman tworząc kapitana Jacka pokazał, że macho może być biseksualny i lekko prześmiewczy a niczym nie ujmuje mu to w stylu, klasie i 7th Seowym panache z jakim uwodzi widzów. Torchwood zupełnie pozbawione jest tej amerykańskiej egzaltacji swoją własną „zajebistością”, która pokazuje nam na ekranach, że „My jesteśmy Amerykanie (i ewentualni sojusznicy) i my jesteśmy ostatnią nadzieją ludzkości (czytaj Ameryki) na przetrwanie”. Torchwood (i Doctor, i Spooksi i inne angielskie produkcje) przekłuwają ten balon. Normalność mimo nienormalności. Angielskość (w humorze i zachowaniu) mimo trudnych i często dwuznacznych moralnie tematów.

Teraz przygotowując się do seansu pierwszego odcinka mam obawy jak wiele Torchwood będzie angielskiego a jak wiele wymusi amerykański partner stacja Starz (czyli „są cycki jest impreza”). Może nie będzie tak źle… W końcu w „Episodes” Anglicy świetnie pokazali jak można za amerykańskie pieniądze nakręcić serial w angielskim stylu, a Doctorowi ten powiew amerykańskości wyszedł na dobre.

Siadam do oglądania.

Jest amerykańsko… Amerykańscy bohaterowie są… amerykańscy. W najbardziej obśmianym przez nie-amerykanów tego słowa znaczeniu. Zobaczymy ile z tego to świadomy złośliwy zabieg scenarzystów, a ile efekt amerykanizacji serialu. Stara obsada (Jack, Gwen i Rhys) jak zwykle świetna, torchwoodowa i angielska, nowi bohaterowie, no cóż zobaczymy po kilku odcinkach… Bardzo się cieszę, że jednak mimo amerykanizacji ogólnej przebłyskują elementy dawnego torchwoodowego stylu. Dodatkowo, moim zdaniem amerykanie wypadają również mdławo aktorsko przy angielskiej części obsady.

O fabule nie będę pisał wiele. Trzeba obejrzeć. Co ciekawe nie trzeba znać poprzednich sezonów żeby ją zrozumieć, ale jeżeli nie zna się serialu to ciężko zrozumieć zachowanie pozostałych przy życiu agentów Torchwood. W skrócie, ludzie przestają umierać, zupełnie i absolutnie, nikt nie wie dlaczego. A dodatkowo ktoś bombarduje amerykańskie agencje o trudno rozszyfrowywalnych skrótach informacjami o Torchwood tylko po to by chwile później wirus zniszczył wszystkie cyfrowo zapisane dane na temat chłopców i dziewczyn królowej Wiktorii. Amerykanie, jak to amerykanie biegają w kółko nie potrafiąc nic zrobić, aż w końcu ktoś wpada na pomysł by poszukać Jacka i Gwen…

Nie wiemy co robi U.N.I.T, gdzie jest i co robi Martha Jones i Mickey i co się stało z Alonzo. Mam nadzieje, że wytłumaczą to w następnych odcinkach.

W sumie nie jest źle, mogło być gorzej (bardziej amerykańsko), ale mogło być i lepiej (bardziej brtytyjsko). Zobaczymy i ocenimy jak się bardziej rozkręci.

Cytat odcinka: Wales is insane!

Na koniec stara czołówka



I trailer nowego sezonu




Dajcie Alonza!

Komentarze

  1. Oj tak, Torchwood jest jedyny w swoim rodzaju i rowniez jednym z moich ulubionych seriali. Tak jak Spooks, o ktorych wspomniales, lamie stereotypy ktorych wyuczyly nas holiłudzkie produkcje. Ale to tylko wychodzi widzowi (i jego szarym komorkom) na zdrowie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oooo a czemu ja nic o tym nie wiem ? ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz