Książę Persjan i Piaskownica Czasu


Udana filmowa adaptacja gry komputerowej to wielka rzadkość. Najczęściej twórcy filmowi idą na łatwiznę wyławiając z gry jakiś wątek okraszając to nieco tandetnymi efektami specjalnymi i mają nadzieję, że rzesze fanów gry będą szturmować kina. Niestety jakość takich filmów jak Alone in the Dark czy Dungeon Siege, adaptacji bądź co bądź bardzo przyzwoitych gier, woła o pomstę do wszystkich dobrych bogów. Dlatego, jak wielu fanów, z „pewną taką nieśmiałością” podszedłem od adaptacji gry Prince of Persia. Tym razem, ku swej nieukrywanej radości, nie zawiodłem się.

Przygody Księcia Persji towarzyszą mi od lekko licząc dwudziestu lat. W zamierzchłych czasach komputerów XT i kart graficznych Hercules, podobnie jak wielu moich kolegów, spędzałem długie godziny przemierzając podziemia pod pałacem sułtana. Od tamtego czasu zawsze starałem się być na bieżąco z przygodami perskiego księcia. Dziś obejmuje ona trzynaście chyba gier, z których wiele stało się światowymi bestsellerami.

Trylogia (a w zasadzie teraz już kwadrylogia) powiązana z Piaskami Czasu wniosła w serię nową jakość i uczyniła ją po raz wtóry ogólnoświatowym przebojem. Nic dziwnego, że to właśnie ten fragment historii Księcia wybrali twórcy filmu na kanwę scenariusza. Nie potraktowali fabuły dosłownie tylko postanowili napisać nowa historię dotyczącą przygód Księcia. Nie mamy króla Sharamana wybierającego się by zdobyć pałac Maharadży, ale trzech królewskich synów na wyprawie wojennej, atakujących święte miasto Alamut. Jednym z nich jest Dastan (nasz Książę zyskuje w filmie imię) – biedne chłopak ze slumsów, adoptowany przez króla i wychowany razem z jego własnymi synami. W ręce Księcia (Jake Gyllenhaal) trafia sztylet pozwalający dokonywać niewielkich skoków w czasie. Niedługo po zwycięstwie do Alamut przybywa król by rozmówić się z synami, jednakże podczas powitalnego przyjęcia zostaje zamordowany. Oskarżony zostaje oczywiście Dastan, i tylko dzięki pomocy pięknej księżniczki Taminy (Gemma Aterton) udaje mu się uciec. Czy uda mu się oczyścić z zarzutów? Tego już musicie dowiedzieć się sami...

Najmocniejsza stroną filmu są jest przedstawienie świata. Krajobrazy, budynki i ich wnętrza mimo, że często stworzone komputerowo zachwycają rozmachem i przepychem. Miasta są piękne, żywe i pełne wschodniej ezgotyki, a bezdroża zabójcze i tajemnicze. Film ogląda się z zapartym tchem czekając co jeszcze pokażą nam realizatorzy i spece od efektów specjalnych. Dlatego najlepiej obejrzeć go w kinie. Mały ekran obedrze ten film z jego efektowności.

Film, jak na wysokobudżetową przygodówkę ma bardzo przyzwoitą fabułę. Nie jest to może wybitny, oscarowy scenariusz ale kawał porządnej roboty. Bardzo dobre są elementy rozcieńczające patos. Wyścigi strusi i w ogóle wątki powiązane z graną przez Alfreda Molinę postacią szeika Amara na długo zapadną mi w pamięć. Nie dało się oczywiście uniknąć pewnych wpadek i dziur scenariuszowych oraz pewnej niepotrzebnej miejscami patetyczności, ale mimo to film ogląda się całkiem przyjemnie, akcja jest wartka, dowcip cięty, nie sposób się wiec nudzić.

Fani gier mogą czuć się trochę zawiedzeni. Z oryginalnej fabuły nie pozostawiono wiele. Mimo to na każdym kroku daje się wyczuć odniesienia do gry. Praca kamery, niektóre elementy choreografii walk przywodzą na myśl sceny z gry. Moim zdaniem mimo wszystko film świetnie oddaje klimat gry – przygodowej, epickiej opowieści z baśni tysiąca i jednej nocy.

Gra aktorska troche rozczarowuje. Jake Gyllenhaal nie radzi sobie z rolą, jego aktorstwo jest dość „drewniane” i sztuczne (mimo to i tak jest lepszy od Orlando Blooma w Piratach) . U Bena Kingsleya widać, że najlepsze lata kariery ma już za sobą i wydaje mi się, że trochę odcina kupony od swojego oskara. Na szczęście sytuacje ratują i Gemma Aterton i Alfred Molina. W postacie grane przez tę młodą angielską gwiazdkę i weterana kina daje się uwierzyć i można je polubić. W porównaniu z oboma panami to bardzo dużo. W filmie zabrakło kogoś klasy Johnny'ego Deppa, który w Piratach stworzył postać-motor dla całego filmu.

Film jak na kino przygodowe jest naprawdę dobry. Prosta fabuła, wyśmienita scenografia i bardzo porządne efekty gwarantują bardzo dobrą i lekką rozrywkę. Z czystym sumieniem polecam film jako doskonały na odprężające popołudnie. Jest godnym następcą filmów takich jak Indiana Jones, czy Mumia.


PRINCE OF PERSIA: SANDS OF TIME

reżyseria: Mike Newell

scenariusz: Boaz Yakin, Doug Miro, Carlo Bernard

aktorzy: Jake Gyllenhaal, Ben Kingsley, Gemma Aterton, Alfred Molina

rok produkcji: 2010

czas trwania: 116 min.

strona: http://www.imdb.com/title/tt0473075/

Komentarze

  1. Mi tez sie Ksiaze perwersji podobal i chociaz zarzuty mam podobne do Twoich, ogolnie jednak dawno nie widzialam podobnie ciekawego scenariuszowo filmu w tym gatunku. Miejscami na mysl przychodzi ktorys z Indian Jonesow. Widac, ze scenarzysci mocno sie napracowali i nie bali sie odwaznej zabawy z tytulowymi piaskami czasu (w wielu filmach takich meandrow fabuly unika sie z obawy o to, czy aby przecietny hamerykanski widz zrozumie...).

    Alfred Molina zyskuje u mnie wielkiego plusiora za swoja role i swietne teksty. Oby wiecej tak barwnych postaci na ekranach kin!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz